Jak było na Kraków Live 2017?

Popowe gwiazdki, mainstreamowy i zbudowany na autotunie rap, odgrzewany indie kotlet i polskie wypełniacze – jasne, o Kraków Live można krytycznie (tym samym trochę po omacku), ale po co? Zarówno przed, jak i po tegorocznej edycji festiwalu najwięcej złych słów znalazły osoby kompletnie niezainteresowane sierpniową wycieczką do stolicy Małopolski – bo drogo dla portfela, a biednie dla duszy. Proste remedium: dajmy bawić się tym, którzy zabawę odnajdują w stadionowym potencjale Ellie Goulding, odpływają przy Nicku Murphym i wyskakują całą energię przy Wizie Khalifie. Krakowska publiczność zdawała się być zachwycona na każdym kroku, także chapeau bas, zadanie wykonane.

Niech będzie jasne, że głównym powodem mojej wizyty na Livie był Travis Scott – prawdziwy artysta naszych czasów, sceniczne zwierzę, naprawdę sprawny wokalista i, jak się okazało w trakcie koncertu, świetny człowiek. Rzecz zadziała się przy wykonywaniu “Butterfly Effect” – Jacques zaprosił na scenę fana poruszającego się na wózku inwalidzkim, zarządzając, że ten zostanie z nim do końca występu. Tym samym otrzymaliśmy jego skromny featuring przy hitach takich jak “Goosebumps”. Całokształt? Miazga, do tego miazga dla ludzi w różnym wieku, bo – jak zauważył słusznie jeden z moich znajomych – Travis Scott podoba się bez względu na wiek i w tym leży spora część jego siły przebicia.  

Ostatni materiał alt-J może i nie przypadł mi do gustu, ale w warunkach koncertowych jawił się jako całkiem smaczny produkt – przepleciony z najlepszymi momentami wcześniejszej twórczości zachwycił wychowaną na “Breezeblocks” publiczność może nawet bardziej niż występ Ellie Goulding. Sama Ellie zaskoczyła mnie… dosyć pozytywnie. Dobrym wokalem, minimum scenografii scenicznej zestawionym z maksimum energii i całkiem przyjemnymi dźwiękami. Problem w tym, że większość jej utworów wykorzystuje podobne patenty, dlatego znudziłam się równie szybko, co zainteresowałam. Apogeum nudy nastąpiło jednak dnia drugiego, kiedy na scenie pojawiła się Lana del Rey, najgorętsza nazwa tegorocznej edycji. Może to przez wiek, może przez lekko skręcone kolano, może przez fakt, że jej twórczość po prostu nigdy mnie nie ruszała – zasnęłam, ale! przyznaję, że przy Lanie del Rey śpi się znakomicie.

Z większą obawą podchodziłam do wcześniejszego koncertu Wiza Khalify i tutaj pewne obawy się sprawdziły – wypadłam z obiegu już kilka lat temu, bo o ile hity zapamiętane z moich licealnych imprez brzmiały bardziej niż znajomo, o tyle ponad połowa zaprezentowanego materiału trafiła do szufladki tych kompletnie nieznanych. Ogromny plus za obecność zarówno DJa, jak i skromnego live bandu, wakacyjną energię i wielkiego nadmuchiwanego jointa. Nieważne co mówią sceptycy, świat chyba zmierza w dobrą stronę – warto przypomnieć, że kilkadziesiąt lat temu The Rolling Stones swoje koncerty urozmaicali jeszcze większym nadmuchiwanym penisem. 

Bez żadnych rekwizytów na scenie pojawił się Rejjie Snow, chyba największe zaskoczenie jeśli chodzi o tegoroczne ogłoszenia – ciągle niezbyt popularny raper z Irlandii, zawieszony pomiędzy silną hip-hopową tradycją USA, a bliższym geograficznie brytyjskim grimem. Rejjie zdecydowanie nie jest typem showmana, jednak nie przeszkodziło mu to w sprowokowaniu i tak już nieco zmęczonej publiczności do wytworzenia sporego mosh pitu. I got all the drugs, I got all the weed, problem jedynie z “all the fans”, bo frekwencja jednak nie dopisała. Niech właściwą oceną tego koncertu będzie fakt, że pomimo kontuzji i usztywanienia na kolanie skakałam pod barierkami od początku do końca.

Live is live: z każdym kolejnym ogłoszeniem line-up był coraz bardziej imponujący, skrojony pod swój target i osadzony w najgorętszych popowych obszarach. W poprzedni weekend okazało się, że przepis ten był bezbłędny. Fani mainstreamu nie mają łatwo – kiedy intensywniej poszukujący miłośnicy kultury klubowej i niezalu podróżują między Katowicami, Płockiem czy Białymstokiem, ci pierwsi całą energię wkładają w Open’era. A gdyby na festiwalowej mapie nie pojawiał się Kraków Live, ich szansa na zabawę przemijałaby wraz z pierwszym tygodniem lipca. 

Kraków Live rapem pisany #krakowlivefestival #festivalseason #throwback #rejjiesnow #livemusic #gig

A post shared by Going. (@going.app) on

Podziel się:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *